Wywiady
Największą zmorą dla obywateli jest skomplikowany system prawny!
Data publikacji: 22 maja 2012
Z posłem Bartoszem Kownackim rozmawia Łukasz Ziaja
Minęło kilkanaście lat od zmiany Konstytucji RP. Uważa Pan, że nadszedł czas, aby ją zmodyfikować?
Obecna Konstytucja powstawała w specyficznej sytuacji. Mało kto pamięta atmosferę, jaka panowała przy jej uchwalaniu. Od wyborów roku 1989 minęło wówczas 8 lat, a Polska nadal nie miała nowej ustawy zasadniczej; posiłkowano się tzw. „małą konstytucją”, uchwaloną w 1992 r., która nie regulowała całości spraw związanych z systemem sprawowania władzy w kraju. Tym samym byliśmy jednym z ostatnich państw dawnego bloku komunistycznego, które nie miały konstytucji na miarę niepodległego państwa. To powodowało liczne spory na szczytach władzy. Warto choćby przypomnieć falandyzację prawa, która następowała prezydentury Lecha Wałęsy. Dokonywano wówczas takiej wykładni przepisów, która gwarantowała jak największe uprawnienia dla prezydenta RP. Te okoliczności na pewno przemawiały za koniecznością uchwalenia nowej ustawy zasadniczej. Jednakże w parlamencie, który przyjmował obecną Konstytucję, nie było przedstawicieli większości partii prawicowych – czy może precyzyjniej – postsolidarnościowych, które w wyniku wprowadzenia nowej ordynacji wyborczej nie przekroczyły progu wyborczego w wyborach 1993 r. Tak więc w procedowaniu nad ustawą zasadniczą przeważający głos mieli postkomuniści. Tak więc moment, w którym uchwalono nową konstytucję nie był najlepszy. Odbyło się to na kilka miesięcy przed wyborami parlamentarnymi, w chwili, gdy już było oczywiste, że układ parlamentarny nie cieszy się zaufaniem społecznym i w najbliższym czasie dojdzie do zmiany rządu. Brak kompromisu wśród elit politycznych doskonale obrazuje fakt, że o ile w parlamencie za nową ustawą głosowało 451 posłów, to już w referendum poparło ją zaledwie 52 proc. społeczeństwa. Tak wiec trudno mówić, aby Konstytucja była wynikiem szerszego porozumienia. W tym samym czasie został również złożony obywatelski projekt autorstwa Solidarności, pod którym podpisało się ponad 2 mln Polaków. Z tych powodów bardzo negatywnie oceniam nie tylko okoliczności, w jakich uchwalono Konstytucję, ale również szereg rozwiązań w niej przyjętych. W mojej ocenie trudno więc mówić o koniecznych zmianach, gdyż dużo lepiej, aby po dwudziestokilkuletnim okresie transformacji przyjąć zupełnie nowe rozwiązanie.
Pańskim zdaniem, obowiązująca Konstytucja się sprawdza?
Jak już wspomniałem, do wielu rozwiązań zaproponowanych w obecnej Konstytucji jestem nastawiony bardzo sceptycznie. Warto choćby przytoczyć fakt, że przed 1997 r. grupa 500 tys. obywateli mogła zgłosić własny projekt Konstytucji. Niestety, elity przygotowujące ustawę zasadniczą zrezygnowały z takiego rozwiązania. Dziś projekt taki mogą zgłosić jedynie posłowie w odpowiedniej liczbie, senat lub prezydent RP. A gdzie jest miejsce dla społeczeństwa obywatelskiego? Szczególnie w czasach, kiedy liczba protestów jest coraz większa, w dobie Internetu, który pozwala na organizowanie się społeczeństwa z pominięciem polityków. Przyjęcie modelu, w którym obywatele nie mogą samodzielnie zgłaszać zmian konstytucyjnych, znacznie ogranicza ich prawa. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że elity polityczne, uchwalając Konstytucję, ordynację wyborczą wprowadzającą wysokie, 5-proc. progi czy ustawę o finansowaniu partii politycznych stworzyły pewien zamknięty system władzy, do którego bardzo trudno jest przeniknąć osobom czy organizacjom spoza obecnego systemu. Moim zdaniem to było działanie przemyślane, zmierzające do zabezpieczenia interesu elit politycznych, a nie – społeczeństwa. Oczywiście to nie jest jedyne uchybienie tej Konstytucji. Pamiętamy chociażby spory, jakie toczyły się pomiędzy prezydentem a rządem w zakresie prowadzenia polityki zagranicznej. Z drugiej strony trzeba przyznać, że nie wszystkie rozwiązania zaproponowane w Konstytucji były złe. Chociażby te dotyczące powoływania i zmiany rządu, które pozwalają uniknąć kryzysów politycznych, takich jak na początku lat 90. Obecnie Rada Ministrów, która nawet nie cieszy się poparciem większości parlamentarnej, może zarządzać państwem. Musi bowiem znaleźć się pozytywna większość parlamentarna, która skonstruuje nowy rząd. Trzeba choćby przypomnieć okoliczności odwołania rządu Jana Olszewskiego 4 czerwca 1992 r., które było działaniem czysto destrukcyjnym, wynikiem obaw części polityków. Posłowie nie byli w stanie zaproponować pozytywnego rozwiązania dla kraju, porozumieć się co do składu rządu, zależało im jedynie na odwołaniu urzędującego premiera. Jana Olszewskiego zastąpił Waldemar Pawlak, który przez 30 dni nie był w stanie stworzyć gabinetu. Dziś taka sytuacja, która w sposób oczywisty destabilizuje państwo, byłaby niemożliwa.
Jak Pan ocenia Konstytucję RP w kontekście katastrofy smoleńskiej? Destabilizacja państwa nie miała miejsca, więc można powiedzieć, że Konstytucja zadziałała?
Wydaje mi się, ze takie stwierdzenia są bądź wynikiem nieporozumienia, bądź czystej demagogii. Można powiedzieć, że faktycznie Konstytucja zadziałała, a nie zdały egzaminu elity polityczne. Mówiąc inaczej – pewien mechanizm, przewidziany w art. 131 Konstytucji, został zrealizowany. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Ba, każda nowoczesna ustawa powinna przewidywać tryb, w jakim jest przejmowana władza w przypadku śmierci prezydenta. Dla prawnika ważne jest tu jednak inne zagadnienie i dlatego uważam, że elity polityczne nie zdały w tym przypadku egzaminu. Otóż art. 131 Konstytucji przewiduje, w jakiej sytuacji marszałek sejmu przejmuje funkcje prezydenta, stając się najważniejszą osobą w państwie. 10 kwietnia 2010 r. podjęto decyzję o tymczasowym objęciu urzędu prezydenta przez marszałka sejmu, zanim oficjalnie stwierdzono, że prezydent zmarł. Jakkolwiek, z praktycznego punktu widzenia, już w kilkadziesiąt minut po katastrofie można było przewidywać, że wszyscy zginęli, to dla prawnika znaczenie mają fakty. Abstrahując od kwestii, że oficjalnym dokumentem potwierdzającym śmierć urzędującej głowy państwa powinno być stwierdzenie zgonu wystawione przez lekarza, to choćby do czasu znalezienia ciała prezydenta i potwierdzenia tego faktu przez ambasadora RP lub innego funkcjonariusza, marszałek sejmu powinien wstrzymać się z objęciem urzędu. W tym wypadku postąpiono inaczej, co musiało budzić sprzeciw części społeczeństwa. Mianowicie już w kilkadziesiąt minut po katastrofie, prezydencki minister Andrzej Duda został poinformowany o uruchomieniu procedury przewidzianej w art. 131 Konstytucji, a kiedy zaprotestował i zapytał, na jakiej podstawie, usłyszał, że przecież wszyscy wiedzą, iż prezydent nie żyje. Otóż dla prawnika nie ma takiego pojęcia jak „wszyscy wiedzą” lub „nikt nie wie”. Liczą się fakty. Warto było, z szacunku dla procedur prawnych, poczekać te 2-3 godziny zanim podjęto stosowne działania w tym zakresie. Tym bardziej, że w tym czasie nie było konieczności podejmowania jakiejkolwiek istotnej decyzji przez osobę pełniącą funkcję prezydenta.
Kto odpowiada za tworzenie strategii polityki zagranicznej państwa polskiego?
Jak już wspomniałem wcześniej, sceptycznie oceniam rozwiązania przyjęte w obecnej Konstytucji. Dostrzegam w niej również wiele błędów, niekonsekwencji i nieprecyzyjnych rozstrzygnięć. Jedną z takich kwestii jest właśnie sposób sprawowania polityki zagranicznej. W przypadku prezydenta i premiera, pochodzących z jednego obozu politycznego, spory te nie są dostrzegalne, ale w przypadku kohabitacji dochodzi do poważnych sporów. Tak było, gdy w trakcie prezydentury Lecha Kaczyńskiego władzę w Polsce przejęła Platforma Obywatelska. Dochodziło wówczas do sporów pomiędzy politykami, tak, że ostatecznie koniecznym było, aby w sprawie wypowiedział się Trybunał Konstytucyjny. W 2009 r. orzekł on, że władze, również w zakresie polityki zagranicznej, powinny ze sobą współdziałać. Jakkolwiek Rada Ministrów ustala stanowisko Polski, to w polityce zagranicznej ma prawo aktywnie uczestniczyć również prezydent RP, np. uczestnicząc w posiedzeniach Rady Europejskiej czy innej instytucji międzynarodowej.
Zdaniem Trybunału Konstytucyjnego, co zresztą jest jak najbardziej słuszne, celem współdziałania polityków powinno być zapewnienie jedności stanowiska Polski w konkretnej sprawie. Problem w tym, że czasem to współdziałanie jest bardzo trudne. Warto przypomnieć, że to prezydent powołuje i odwołuje ambasadorów (oczywiście na wniosek MSZ), przyjmuje listy uwierzytelniające, czy też ratyfikuje i wypowiada umowy międzynarodowe. Ten brak konsekwencji w Konstytucji, która w jednym miejscu przyznaje konkretne uprawnienia prezydentowi, a w innym nakazuje współdziałać z rządem, powoduje, że dokument ten nie może być oceniany pozytywnie.
Uważa Pan, że stan ten powinien zostać zachowany?
Wydaje mi się, że rozstrzygnięcia w tym zakresie powinny być jednoznaczne. Prowadzenie polityki zagranicznej przez dwa konkurencyjne ośrodki jest szkodliwe dla kraju; może spowodować niezrozumiały dla innych państw dwugłos. Ma to również swoje konsekwencje w przypadku ponoszenia odpowiedzialności za błędy w tej polityce i ewentualną, wynikającą z tego, odpowiedzialność polityczną i konstytucyjną. W mojej ocenie ta sytuacja, jak również usytuowanie głowy państwa w systemie władzy w Polsce, są nieprecyzyjne. Rozwiązania przyjęte w obecnej Konstytucji powinny ulec zmianie. Skoro prezydent wybierany jest w wyborach powszechnych, a wybory te najbardziej ze wszystkich angażują społeczeństwo, to i kompetencje prezydenta powinny być jasno i precyzyjnie określone. Nie może być tak, że politykę zagraniczną sprawuje minister spraw zagranicznych czy też, precyzyjniej, Rada Ministrów, podczas gdy jest ona wyłaniana poprzez parlament, a wiec w wyborach pośrednich i ponosi odpowiedzialność w pierwszej kolejności przed parlamentem. Natomiast prezydent wybierany w wyborach powszechnych nie dysponuje szerszymi kompetencjami.
Jak często powinna mieć miejsce zmiana Konstytucji?
W mojej ocenie nie ma potrzeby określania ścisłych ram czasowych, w których dokonywany jest „przegląd” Konstytucji, choć i takie rozwiązania znajdujemy w przeszłości. Tak było chociażby w Konstytucji z marca 1921 r., której przeglądu miano dokonać po 25 latach. Właśnie na ten zapis powoływali się komuniści, uchwalając w 1947 r. tzw. „małą konstytucję”. Dobra konstytucja nie powinna być zmieniana – to gwarantuje też swoistą stałość rozwiązań instytucji państwowych w systemie sprawowania władzy. Ale oczywiście zdarza się tak, że nawet najlepsze rozwiązania prawne z czasem wymagają zmian. Wynika to z dynamizmu procesów społecznych i politycznych, również na arenie międzynarodowej. Warto chociażby przypomnieć, że obecna Konstytucja była już nowelizowana dwukrotnie. Po raz pierwszy w 2006 r., co wynikało z naszego wstąpienia do UE. Wprowadzono wówczas możliwość ekstradycji obywatela polskiego do innego kraju Unii. Drugi raz w 2009 r., kiedy wprowadzono zakaz kandydowania do sejmu i senatu osobom, na których ciążył prawomocny wyrok karny. Obecny prezydent Bronisław Komorowski również skierował projekt zmiany Konstytucji, który miał regulować m.in. kwestie prowadzenia polityki zagranicznej, przekazywania kompetencji państwowych oraz mechanizm wyjścia z UE. Projekt ten, niestety, nie został uchwalony. Obawy budziła m.in. kwestia możliwości wyjścia z UE, gdyż – jak stwierdzali niektórzy politycy i konstytucjonaliści – rozwiązanie to mogło prowokować do uruchomienia tej procedury. Dla mnie to kolejny przykład, po pozbawieniu możliwości zgłaszania projektu zmiany Konstytucji, tego, jak elity polityczne próbują ograniczać uprawnienie społeczeństwa. Przyjmując hipotetycznie, że w przyszłości większość opowiedziałaby się za wyjściem z UE, to ma prawo skorzystać z odpowiednich mechanizmów konstytucyjnych, a decyzje polityków tego prawa nie powinny ich pozbawiać.
Nie uważa Pan, że powinniśmy się zdecydować, w którą stronę pójść i albo stworzyć ustrój prezydencki na wzór np. amerykański albo kanclersko-parlamentarny, jak ma to miejsce w Niemczech?
Zgadzam się z twierdzeniem, że obecne rozwiązania, przewidziane w Konstytucji, są niekonsekwentne. Uważam również, że obecny system sprawowania władzy powinien ulec gruntownej zmianie. Jakkolwiek, przyjęte rozwiązanie to model najbardziej zbliżony do parlamentarno-gabinetowego, jednakże są w nim elementy charakterystyczne dla rozwiązań prezydenckich. Po pierwsze, prezydent jest wybierany w wyborach powszechnych i to daje mu bardzo silny mandat do sprawowania swojego urzędu. Silniejszy aniżeli premierowi wyłanianemu przez większość sejmową. Po drugie, prezydent dysponuje pewnym arsenałem instrumentów, które stanowią o jego pozycji; warto tu choćby wspomnieć o możliwości rozwiązania parlamentu, gdy zaistnieją do tego przesłanki, wspomniane już wyżej uprawnienia z zakresu polityki zagranicznej, możliwość zawetowania ustawy czy też skierowania jej do Trybunału Konstytucyjnego. Niestety, z drugiej strony uprawnienia prezydenta są dużo mniejsze aniżeli uprawnienia rządu. W pewnym zakresie stanowisko Trybunału Konstytucyjnego potwierdziło taką interpretację Konstytucji. Co więcej, ten mechanizm przekłada się na aktywność prezydenta w sferze publicznej, który najwyższą popularność zdobywa wtedy, gdy milczy, nie podejmuje istotnych kwestii społecznych. Tak było w przypadku Aleksandra Kwaśniewskiego, tak jest w przypadku Bronisława Komorowskiego – który dostaje swoistą premię u wyborców za dystansowanie się od sporów politycznych. To rozwiązanie niezrozumiałe skoro decydujemy się na taki model wyborczy i skoro istnieje duża instytucja, jaką jest Kancelaria Prezydenta, zatrudniająca ponad 1 tys. urzędników, to prezydent powinien być aktywnym graczem na scenie politycznej i mieć do tego instrumenty. Z jednej strony, decydujemy się na wydawanie ogromnych środków na funkcjonowanie aparatu urzędniczego Kancelarii – w roku 2012 jest to ok. 180 mln zł, a z drugiej – istnieją mechanizmy, które ograniczają rolę prezydenta. Moim zdaniem powinniśmy zdecydować się na jednoznaczne rozstrzygnięcie. Bądź wybór systemu kanclerskiego z minimalną rolą prezydenta, który wybierany byłby przez parlament, bądź modelu prezydenckiego, może nie tyle amerykańskiego – konstytucja w USA ma zupełnie inny charakter – co np. francuskiego, z silną pozycją prezydenta.
Gdyby musiał Pan wybrać pomiędzy tymi dwoma ustrojami, to na który by Pan postawił?
Zdecydowanie opowiadam się za tym drugim rozwiązaniem, tj. za silną władzą prezydenta nie tylko w zakresie polityki zagranicznej, ale również wewnętrznej. Z uprawnieniami do zwoływania posiedzeń Rady Ministrów i kierowania ich pracami oraz uprawnieniem do wydawania dekretów z mocą ustawy – oczywiście zatwierdzanych przez sejm. Szczególnie kompetencje prawodawcze w obecnej sytuacji uważam za niezmiernie ważne. Uczestnicząc w pracach parlamentu, wielokrotnie obserwowałem, jak dobre prawo jest niszczone przez posłów, którzy bądź w ogóle nie mają kompetencji w tym zakresie, bądź realizują jakieś partykularne interesy. Zdecydowanie łatwiej byłoby stanowić dobre prawo, gdyby w przypadku tych najważniejszych ustaw parlament miał ograniczoną możliwość modyfikacji projektów, które wpływają do sejmu. Mógłby co najwyżej je przyjąć w całości lub odrzucić. Za tym modelem ustrojowym, w którym prezydent wybierany jest w wyborach bezpośrednich, przemawia również fakt, że to właśnie te wybory budzą największe zainteresowanie społeczeństwa, a więc i jego mandat jest najsilniejszy. Co prawda, frekwencja w Polsce z ledwością przekracza 50 proc. i daleko nam chociażby do sytuacji z ostatnich wyborów we Francji, gdzie wynosiła ona 80 proc., ale i tak wybory personalne budzą największe zainteresowanie. Łatwiej jest też rozliczyć po kilkuletniej kadencji konkretnego polityka, który musi wytłumaczyć się z podejmowanych decyzji i niezrealizowanych obietnic wyborczych aniżeli partię polityczną, w której odpowiedzialność zawsze bezie miała charakter zbiorowy; zawsze można zastrzec, że władze partii się zmieniły lub że konkretni kandydaci już w wyborach nie startują. Mówiąc wprost – indywidualnie wybranego polityka, który ponosi odpowiedzialność za kierowanie państwem, łatwiej będzie rozliczyć.
To jest Pańskie indywidualne stanowisko czy stanowisko Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry?
Solidarna Polska jest młodym ugrupowaniem na scenie politycznej i oczywiście jesteśmy jeszcze w trakcie wypracowywania całościowego programu, ale zdecydowanie opowiadamy się za silnym modelem prezydenckim, w którym to prezydent, wyłaniany w wyborach powszechnych, ponosi odpowiedzialność za państwo i jest z tej odpowiedzialności rozliczany przez wyborców. Właśnie opowiadając się za takim modelem prezydentury, zaproponowaliśmy instytucję prawyborów na prawicy. Dobrze byłoby, aby przyszły kandydat prawej strony, a być może przyszły prezydent, miał silne poparcie społeczne, jasną wizję państwa i był zdeterminowany ją realizować. Zdecydowanie musi być to bardzo silna osobowość. Ale równocześnie taki prezydent musi mieć zagwarantowane Konstytucją odpowiednie instrumenty do działania. My jesteśmy przekonani, że mamy takiego kandydata – Zbigniewa Ziobrę – ale dobrze, aby ten wybór był potwierdzony w toku prawyborów. Jeśli okaże się, że lepszym prezydentem – również dla naszych wyborców – byłby Jarosław Kaczyński, a być może ktoś trzeci, to trzeba taki wybór uszanować w imię wspólnego interesu, jakim jest dobro państwa.
Czysto hipotetycznie – Solidarna Polska dysponuje większością konstytucyjną. Zmieniacie konstytucję. Co to będzie za konstytucja? Co byście zmienili?
Jak już wspomniałem, opowiadamy się za modelem prezydenckim czy też prezydencko-parlamentarnym, zatem nowa Konstytucja powinna realizować ten postulat. Rola prezydenta, wybieranego w wyborach powszechnych, powinna być na tyle silna, aby był on zmuszony do aktywnego działania w polityce krajowej i zagranicznej i aby ponosił za swoją działalność pełną odpowiedzialność. Zmian dokonałbym również w ordynacji wyborczej do Sejmu, która powinna mieć charakter mieszany z uwzględnieniem jednomandatowych okręgów wyborczych. W obecnej konstytucji brakuje mi również odwołania do wartości chrześcijańskich, z których przecież wyrasta nie tylko Polska, ale cała Europa. Warto również skorzystać, kształtując rozwiązania systemowe, z dorobku katolickiej nauki społecznej, która jest dla mnie rodzajem „trzeciej drogi” pomiędzy rozwiązaniami czysto liberalnymi a socjalistycznymi. To przecież katolicka nauka społeczna stawia na godność osoby ludzkiej i indywidualizm w życiu gospodarczym, ale z drugiej strony oparta jest na zasadzie pomocniczości i solidaryzmu społecznego. Pewnych modyfikacji wymagają również kwestie praw i swobód obywatelskich, gdyż w obecnym stanie prawnym zbyt wiele rozwiązań scedowanych jest na grunt zwykłego ustawodawstwa. Myślę tutaj chociażby o zasadach dotyczących prawa do zgromadzeń, stosowanych kontroli operacyjnych przez służby specjalne, czy odpowiedzialności państwa za błędy popełniane przez jego instytucje. Warto także, aby w konstytucji zapisany został expressis verbis postulat jasnego i zrozumiałego prawa, które poddawane byłoby ocenie Trybunału Konstytucyjnego. Dla wielu obywateli to właśnie skomplikowany system prawny jest największą zmorą. W mojej ocenie nowa Konstytucja powinna również jasno uregulować kwestię ochrony życia ludzkiego.
Zmieniając Konstytucję, jaki kraj obieralibyście za wzór?
Najważniejsza jest umiejętność wypracowania własnych rozwiązań systemowych, gdyż każde społeczeństwo, każdy naród, ma swoją specyfikę i swoje doświadczenia z przeszłości. Tak wiec byłbym ostrożny w prostym kopiowaniu rozwiązań przyjętych przez inne państwa. Powinniśmy z każdego z nich wybrać te, które byłyby najbardziej przystające do naszej rzeczywistości. Warto przecież pamiętać, że to w Polsce uchwalono pierwszą w Europie, a drugą na świecie, nowoczesną konstytucję, zatem nie musimy mieć kompleksów i na siłę poszukiwać rozwiązań u innych. Ale jak już wspomniałem, opowiadamy się za modelem prezydenckim, a wiec do rozwiązań amerykańskich czy francuskich jest nam znacznie bliżej.
Bartosz Kownacki – adwokat, polityk, poseł na Sejm RP. W 2003 r. ukończył Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 2006-2007 dyrektor biura prawnego Służby Kontrwywiadu Wojskowego, członek Komisji Weryfikacyjnej WSI. Pracownik Kancelarii Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Od 2009 r. prowadzi własną kancelarię adwokacką. Reprezentował m.in. Jarosława Kaczyńskiego, Zbigniewa Ziobrę, prof. Jerzego Roberta Nowaka oraz część rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej.
W Polsce uprawiana jest propaganda klęski!
Data publikacji: 21 maja 2012
Z posłem Adamem Szejnfeldem rozmawia Roman Mańka
Niedawno Ruch Palikota zgłosił w sejmie projekt ustawy dotyczący finansowania partii politycznych na zasadzie odpisu 1 proc. od podatków. Dlaczego Platforma Obywatelska nie poparła tego pomysłu?
Nasze stanowisko do tej propozycji było ambiwalentne, dlatego Platforma Obywatelska wstrzymała się od głosu. Z jednej strony jesteśmy bowiem od momentu powstania PO przeciwnikami finansowania partii politycznych z budżetu państwa, ale z drugiej – zaproponowany przez Ruch Palikota mechanizm niewiele zmieniał w tej krytykowanej zasadzie. Odpis podatkowy stanowi bowiem również formę finansowania z budżetu państwa.
Ale ludzie mieliby wówczas większą kontrolę nad finansowaniem partii politycznych?
Warto podkreślić, że Platforma Obywatelska, pomimo dużego oporu klasy politycznej, wiele osiągnęła w zakresie ograniczenia zakresu finansowania partii politycznych. Subwencję państwową udało się nam zredukować aż o 50 proc. Pierwotnie wnosiliśmy o całkowitą, 100-proc. likwidację finansowania partii politycznych z budżetu, jednak żadna z formacji parlamentarnych nie chciała tej inicjatywy poprzeć. Wreszcie po długotrwałej presji i w kontekście kryzysu gospodarczego przeforsowaliśmy obniżenie dotacji o połowę. Idea Ruchu Palikota utrzymywała finansowanie partii politycznych w ramach środków budżetowych, tyle tylko, że przy zastosowaniu innej ścieżki, zaś mechanizm 1 proc., według teoretycznych szacunków, dawałby do dyspozycji ugrupowaniom jeszcze więcej pieniędzy niż otrzymywały do tej pory: to mogłoby być nawet ok. 0,5 mld zł rocznie. Taki zakres finansowania jest dla nas nie do przyjęcia. Z kolei sama kontrola obywateli nad finansowaniem partii politycznych według propozycji Ruchu Palikota mogłaby być złudna. Obecnie subwencje bezpośrednie są obwarowane ścisłymi rygorystycznymi przepisami. Wystarczy przywołać przykład koalicyjnego PSL, który z tytułu nieprawidłowości w rozliczeniach musi zapłacić do budżetu państwa aż 20 mln zł kary.
Nie umorzyliście im…
To zasada państwa prawnego. Nawet gdy się jest ugrupowaniem rządzącym i nie działa lege artis, czyli niezgodnie z zasadami, trzeba ponosić tego konsekwencje. A więc istnieje kontrola. Trzeba postępować według przepisów i ściśle ustalonych procedur.
Nic nie stoi na przeszkodzie, aby finansowanie na zasadzie 1 proc. było również obwarowane rygorystycznymi procedurami rozliczania otrzymywanych pieniędzy?
Rozwiązanie zaproponowane przez Ruch Palikota budzi wiele wątpliwości prawnych, w tym również tych natury konstytucyjnej. Po pierwsze, jego implementacja oznaczałaby zróżnicowanie obywateli. Jedni bowiem – ci, którzy odprowadzają podatek dochodowy, mogliby brać udział w finansowaniu partii politycznych, a inni nie, np. rolnicy. Po drugie, naruszone zostałyby gwarancje tajemnicy poglądów politycznych obywateli.
Ten ostatni argument wydaje się absurdalny, gdyż ankieterzy, podczas prowadzonych badań preferencji politycznych również pytają o sympatie polityczne?
Ale są to deklaracje anonimowe.
Ale jednak składane w obecności ankietera. Sytuacja jest dość podobna. W ramach finansowania partii politycznych na zasadzie 1 proc. obywatele deklarowaliby swoje sympatie w obecności urzędnika skarbowego, który byłby zobowiązany do zachowania ich w tajemnicy.
Nie tylko konkretny urzędnik miałby do tych danych dostęp. Cały system, w którym pracuje kilkadziesiąt tysięcy osób, zostałby wypełniony informacjami o preferencjach politycznych obywateli. I bez względu na stopień poufności łatwo można byłoby do nich dotrzeć. Jednak ja nie wartościuję, które zastrzeżenia są mniej czy bardziej zasadne, ale przedstawiam ich cały katalog. Jeżeli mamy do czynienia z rozwiązaniem, które idzie w dobrym kierunku, ale wywołuje tyle poważnych wątpliwości i to natury prawnej, konstytucyjnej, funkcjonalnej, finansowej itd., to nie można do tego bezrefleksyjnie podchodzić. To jest poważana, newralgiczna kwestia i trudno ją porównywać do zagadnienia odpisu od podatków na rzecz organizacji pożytku publicznego. Partie polityczne nie mogą się w żaden sposób równać ze stowarzyszeniami czy fundacjami obywatelskimi. W tym przypadku nie zachodzi prosta analogia.
Jakie jest prawdziwe stanowisko Platformy Obywatelskiej w zakresie finansowania partii politycznych?
Jesteśmy za całkowitym zniesieniem finansowania partii politycznych z budżetu państwa.
I będziecie nadal forsować tego typu rozwiązanie w sejmie?
Racjonalność działań wymaga podejmowania określonych inicjatyw wówczas, kiedy istnieją przynajmniej minimalne szanse na ich przeprowadzenie. To dotyczy zwłaszcza partii rządzących, gdyż jakikolwiek niezrealizowany postulat obniża ich autorytet i poczucie skuteczności w sprawowaniu władzy. Rzucanie grochem o ścianę nie jest ulubioną grą Platformy Obywatelskiej. Jednak jeżeli pojawią się pozytywne przesłanki, szansa na całkowite zlikwidowanie finansowania partii politycznych z budżetu, będziemy takie rozwiązanie konsekwentnie forsować. Jeśli jednak, tak jak do tej pory, wszystkie siły polityczne będą nadal mówiły fundamentalne „nie”, to nie zachowamy się populistycznie i nie zgłosimy projektu oderwanego od realiów politycznych, pozbawionego możliwości realizacji.
Minęło kilka miesięcy od zakończenia poprzedniej kadencji rządu Donalda Tuska. Jak ją Pan ocenia – negatywnie czy pozytywnie?
Oczywiście pozytywnie. Jechałem niedawno w towarzystwie kierowcy, który wrócił do Warszawy ze Szczecina. Ponieważ wiedział, że jestem posłem z Piły, zaczął ze mną rozmawiać o aktualnej sytuacji na drogach. Powiedział do mnie mniej więcej coś takiego: „Wie Pan, ja mam już prawie 60 lat i jeszcze nigdy w życiu nie widziałem, aby Polska się tak dynamicznie rozwijała. Nie jestem wyborcą ani zwolennikiem Platformy Obywatelskiej, lecz mówię jako zwykły zawodowy kierowca to, co widzę i co czuję. Trasa, którą jechałem jest jedną z najpiękniej zrobionych dróg w Polsce. Jestem pod wielkim wrażeniem zmian zachodzących w ostatnich latach w naszym kraju; nie chodzi mi jedynie o drogi, ale również o budowle, rozmaite obiekty itd”. Dlaczego przytaczam tę wypowiedź? To jest bowiem najlepsza odpowiedź na zadane przez Pana pytanie. Jeżeli politycy reprezentujący rząd chwalą się różnego rodzaju osiągnięciami, to można powiedzieć, że są stroną i oceniają określone dokonania subiektywnie. Politycy opozycyjni natomiast zawsze przedstawiają opinie przeciwne, negatywne. Jednak najważniejszy jest głos zwykłych ludzi, którzy bez emocji politycznych mogą dokonywać obiektywnych ocen. Nigdy wcześniej Polska tak szybko się nie rozwijała jak w ostatnich czterech latach i nigdy wcześniej nie osiągała tak dobrych rezultatów ekonomicznych, gospodarczych, społecznych oraz politycznych na arenie międzynarodowej. A więc zadane przez Pana pytanie dla mnie jest całkowicie retoryczne.
Nie do końca. Mamy przecież pękające autostrady, odcinki nieoddawane na czas?
Polska jest w ostatnich latach największym placem budowy w Europie. Gdy inwestycje sięgają niewyobrażalnej, gigantycznej kwoty setek miliardów złotych, to muszą się zdarzyć poślizgi, niedociągnięcia, błędy. Jednak to nie one dominują i nie one powinny świadczyć o postępie i rozwoju, ale bilans dokonań. W Polsce jednak rzeczywistość zawsze chcemy pokazać i ocenić wyłącznie poprzez nawet nieliczne, ale negatywne przypadki. Nigdy nie opiszemy jakiegoś stanu na podstawie pozytywnych przypadków. U nas zapomina się na przykład, że budujemy nie tylko drogi krajowe i autostrady – mamy ich już ponad 1600 km, a następne 1300 jest w budowie – ale również tysiące kilometrów dróg gminnych, powiatowych i wojewódzkich. Nie spotkałem się jeszcze z dyskusją, w ramach której ktoś, mówiąc o infrastrukturze drogowej, wspomniałby o budowie dróg gminnych czy powiatowych. A miliony Polqków jeździ wyłącznie tymi drogami.
Ale to samorządy budują, nie rząd.
Samorządowcy niewiele mogliby poradzić w zakresie budownictwa drogowego bez sprzyjającej polityki obecnego rządu i finansowaniu inwestycji z budżetu. Te ponad 6 tys. km dróg lokalnych powstało dzięki wsparciu rządu koalicji PO-PSL. Ostatnio zapytałem się burmistrza jednego z miast, dlaczego nie wybudował boiska w ramach programu Orlik. Odpowiedział, że nie otrzymał dofinansowania. Ten przykład pokazuje, że bez odpowiedniego wsparcia rządu, samorządy niewiele chcą lub mogą zrobić. W Polsce wiele gmin nie potrafi samodzielnie, w ramach własnego budżetu, wygospodarować 300 tys. zł środków finansowych na realizację takich inwestycji jak Orliki. Fakt ten nie oznacza, że są to już tak biedne samorządy, że nie mogłyby się podobnych inwestycji podjąć, ale one wolą poczekać rok czy dwa na wsparcie z zewnątrz, na pieniądze od rządu bądź z funduszy unijnych. W tym kontekście należy podkreślić, iż autostrady stanowią jedynie mały, ale owszem, strategicznie ważny fragment dynamicznie rozbudowywanego systemu infrastruktury w Polsce. W ramach tego systemu inwestycje lokalne i regionalne były realizowane także przy pomocy państwa. Właśnie jednym z najlepszych osiągnięć obecnego rządu jest umiejętność wciągania różnych podmiotów (w tym samorządów) we wspólnotę celu, w coś w rodzaju spółek wspólnego interesu.
Jednak wiele z oddawanych odcinków dróg ujawnia poważne dysfunkcje. W wielu miejscach mamy do czynienia z popękanymi warstwami asfaltowo-bitumicznymi.
W Polsce mamy do czynienia z ciągłym uprawianiem propagandy klęski. Wynika to z naszej mentalności, gdyż najchętniej zwracamy uwagę na czarne strony rzeczywistości. W naszym kraju obowiązującą narracją jest ta, w której dominuje przekonanie o niemocy i niechybnej konieczności poniesienia klęski.
Z drugiej strony Platformie Obywatelskiej zarzuca się używanie propagandy sukcesu.
Gdy na uprawianą przez wszystkich propagandę klęski odpowiada się racjonalnymi argumentami i pokazuje pozytywne przykłady, zaraz pojawia się zarzut o propagandzie sukcesu. Jak w takim razie można się zachować? Milczeć?! Przecież to jest kompletnie demagogiczna sytuacja. Propaganda klęski stała się w naszym kraju modna, bo odpowiada naszej naturze. Wszystko inne nie pasuje do polskiego szablonu, więc jest ośmieszane pogardliwym skojarzeniem z okresu PRL. Najlepszym przykładem są wyniki naszej gospodarki z czasów kryzysu. Tak zwana „zielona wyspa” była wtedy faktem i absolutnym hitem w Europie. Nadal jest pokazywana jako wzór dla innych państw, ale w Polsce została ośmieszona, wyszydzona, wyklęta.
Ekonomista prof. Krzysztof Rybiński otwarcie kwestionuje paradygmat „zielonej wyspy”.
Nie wiem, czy to bardziej ekonomista, czy polityk… Najlepiej do wyobraźni przemawiają liczby przedstawiane przez niezależne instytucje polskie oraz zagraniczne. Statystyki są nieubłagane i nie można z nimi dyskutować. Gdy niemalże wszystkie kraje Unii Europejskiej przeżywały recesję, my mieliśmy wzrost gospodarczy. Łącznie skumulowany wzrost PKB za ostatnie cztery lata wyniósł w Polsce 15 proc., a w tym czasie w Europie kształtował się na poziomie około 0 proc. Polska była „zieloną wyspą”, jednak kiedy niedawno zrobiono na ten temat badania socjologiczne, ponad 70 proc. respondentów uznało, że jest to kłamstwo. Polacy uważają, że nie było żadnej „zielonej wyspy”, mimo że w niemal wszystkich krajach europejskich wystąpił ujemny bilans PKB, zaś jedynie Polska mogła wylegitymować się dodatnim wzrostem gospodarczym. I to nie były śladowe wartości po przecinku, na poziomie 0,1 lub 0,2 proc, w granicach jakiegoś błędu statystycznego. Tak więc negatywne opinie, stanowiska krytyczne, zawsze w Polsce będą przyjmowane z większą łatwością niż przekaz pozytywny. Tacy jesteśmy. Nie liczą się fakty, ale odczucia. U nas cały czas obowiązuje narracja klęski. Zaś jeśli ktoś się z tego paradygmatu próbuje wyłamać, to jest uważany albo za człowieka uprawiającego propagandę sukcesu albo człowieka sprzyjającego aktualnej władzy. Mówię aktualnej, bowiem ta postawa negacji nie jest polityczna, nie jest partyjna, ona jest naszą immanentną cechą ujawniającą się w każdej sytuacji. Propaganda klęski zawsze jest u nas w modzie. Nawet w prywatnej sferze życia, kiedy Polacy usiądą w domu, przy stole, to tylko narzekają. My jesteśmy tak zakodowani, posiadamy taki genotyp. Proszę zwrócić uwagę, o czym rozmawiają Polacy na urlopie. Nie o tym, że jest pięknie i słonecznie, ale, że pokój w hotelu był brudny, a zupa na obiad zimna. Polski genotyp narzuca ocenę, że wszystko jest do kitu. Najchętniej sięgamy po złe przykłady: nikt nie powie, że w Polsce oddano do użytku ponad 6 tys. pięknych, dobrych dróg gminnych i powiatowych, dzięki czemu utworzono kilkaset tysięcy nowych miejsc pracy, ale każdy odnotuje, że powstało 50 spękań na autostradzie, których usunięcie będzie kosztowało pewnie nawet nie promil całej wartości podejmowanych inwestycji. Proszę zwrócić uwagę, że ostatnio znów mówi się o drugiej polskiej „zielonej wyspie”. Na przykład, według najnowszych prognoz Komisji Europejskiej, wzrost gospodarczy w Polsce osiągnie w tym roku 2,7 proc. w skali rok do roku i będzie najszybszy w całej Unii Europejskiej, w której wzrost ma się zatrzymać – wyniesie 0,0 proc. Już mogę się z panem założyć, że ocenione to zostanie, jako kłamstwo i propaganda sukcesu. I nieważne, że nie są to oceny polskiego rządu, a Komisji Europejskiej.
W takim razie spróbujmy wyłamać się z paradygmatu propagandy klęski. Tak się składa, że często jeżdżę pociągami. Na polskiej kolei widać wiele pozytywnych zmian: budowane są nowe dworce, pociągi się mniej spóźniają, kolejki do kas są jakby trochę mniejsze. Oczywiście polska kolej pozostawia jeszcze wiele do życzenia, ale nowy minister transportu Sławomir Nowak jest mniej krytykowany niż Cezary Grabarczyk.
To prawda. I ten pozytywny proces będzie dalej postępował. Do tej pory wybudowaliśmy lub zmodernizowaliśmy ok. 2 tys. km linii kolejowych a w budowie i modernizacji jest kolejne 2,1 tys. km. Jednak nie jestem przekonany, że nagła zmiana człowieka na ministerialnym stanowisku od razu wywołuje pozytywne rezultaty. Minister Grabarczyk przygotowywał pewne rozwiązania dzięki czemu minister Nowak może je wdrażać z większym tempem i natężeniem decyzyjnym. Po prostu jedne osoby darzymy większą sympatią, a inne mniejszą, a to przekłada się również niekiedy na oceny merytoryczne. Generalnie zgadzam się, że na polskiej kolei dzieje się coraz lepiej. Podobnie w wielu innych dziedzinach można pokazać plusy, wzrost i rozwój. Jednak porównania Polski do krajów wysoko rozwiniętych muszą być obarczone zastrzeżeniem, że one budowały swój dobrobyt, wysoki poziom zarobków oraz dużą siłę nabywczą pieniądza przez ostatnie sto lat, zaś my dochodzimy do tego przez ostatnie dwie dekady. Przed nami więc jeszcze wiele do zrobienia i to niemalże w każdej dziedzinie.
A nie sądzi Pan, że w Polsce jest zbyt wielkie rozwarstwienie społeczne? Istnieje dużo biedy, ubóstwa, poziom zasiłków socjalnych jest bardzo niski?
Cechą charakterystyczną krajów modernizujących się, przechodzących od gospodarki sterowanej centralnie do wolnorynkowej jest znaczny poziom rozwarstwienia społecznego; jednak w miarę postępującego rozwoju następuje spłaszczanie tego zjawiska.
W Polsce rozwarstwienie społeczne się spłaszcza?
Oczywiście, że tak i to bardzo. Dla mnie najważniejsza jest jednak wielkość klasy średniej. Jej powiększanie się jest dowodem rozwoju społeczno-gospodarczego. Nie skrajności bowiem – bieda i bogactwo – decydują o rozwoju, ale warstwa ludzi samodzielnych finansowo i decyzyjnie. To jest klasa średnia.
Jednak badania Unii Europejskiej pokazują, że struktura rozwarstwienia społecznego w Polsce jest jedną z najgłębszych w Europie; nawet wyprzedziliśmy pod tym względem Rumunię.
No cóż, mówiliśmy już wcześniej o mechanizmie budowania negatywnych ocen. Nie znam tych badań, ale wiem, że często tak dobiera się określone przykłady, badania albo tak interpretuje dane, by potwierdzić z góry postawioną tezę. Ten mechanizm wpisuje się w nurt propagandy klęski, uprawianej w Polsce przez prawie wszystkich. Na przykład przeprowadzane w Polsce badania na temat spożycia alkoholu dowodzą, że jesteśmy alkoholikami, kompletnymi pijakami, tymczasem analizy sporządzane w Unii pokazują, że jesteśmy w tej dziedzinie na szarym końcu, na 19. miejscu w Europie. Wszystkie kraje wysoko rozwinięte: Francja czy Niemcy są przed nami w tych statystykach. U nas twierdzi się jednak inaczej i bez problemu stosowne instytucje podeprą się własnymi danymi, udowadniającymi ich stanowisko. Wiele zależy więc od tego, kto stoi za badaniami i jaką stosuje metodologię.
Dla mnie rozwarstwienie społeczne w Polsce jest zjawiskiem dość ambiwalentnym: z jednej strony mówi się o wielkiej biedzie, zaś z drugiej – wszędzie, gdzie się nie pojedzie, widać rosnące jak grzyby po deszczu, wille. Mieszkałem kilka lat w Niemczech i nie widziałem tam tylu ekskluzywnych domów co w naszym kraju…
Mogę Panu podać ciekawy przykład. Miejscowość Złotów w północnej Wielkopolsce. Wiele lat temu spotkałem się z informacjami na temat poziomu życia w tym mieście, mówiącymi, że tam jest bardzo drogo. Za metr kwadratowy nieruchomości trzeba było zapłacić więcej niż w wielu innych miejscowościach Wielkopolski, pomijając oczywiście Poznań. Podobnie ceny czynszu, wynajmu mieszkań, lokali użytkowych, cen różnego rodzaju usług czy towarów były jednymi z najwyższych. Te dane wprowadziły mnie w zdumienie dlatego, że wiedziałem, iż to miasto i powiat wykazywało jeden z najwyższych poziomów bezrobocia w regionie. Zastanawiałem się, jak może być tak drogo w miejscu, gdzie z uwagi na dużą liczbę osób pozostających bez pracy, powinien istnieć niewielki popyt, a w ślad za tym i niskie ceny? Odpowiedź była zaskakująco prosta: w tym mieście, podobnie jak w wielu innych miejscach w Polsce, dane na temat bezrobocia były nieadekwatne do rzeczywistości. Duża bowiem część osób formalnie bezrobotnych pracowała w Niemczech, zaś zarobione tam pieniądze inwestowała w Polsce, w swoim mieście. Ten transfer powodował, że ceny szły w górę. Jeśli prowadzone badania nie biorą tego rodzaju specyfik pod uwagę, a nie biorą, to później mamy do czynienia z fałszywymi wnioskami i nieprawidłową diagnozą sytuacji.
Prawie każdy posiada dzisiaj dom, samochód, a jednak Polacy nadal narzekają deklarując niski stopień satysfakcji z życia?
Niemal w każdym gospodarstwie domowym, statystycznie rzecz ujmując, znajduje się jeden samochód. Dzisiaj mieszkanie, samochód, telewizor, urlop w kraju, a nawet za granicą, to już nie są nieosiągalne dobra dla przeciętnego Polaka. Klasa średnia, której jeszcze kilka lat temu w Polsce nie było, dzisiaj jest trzonem rozwiniętego społeczeństwa i ciągle rośnie, co oznacza, że uszczupla się rozpiętość skrajności, czyli z jednej strony ubóstwa, a z drugiej – ultra-bogactwa. I to jest bardzo pozytywny symptom.
A może rzeczywiście jest źle i istnieją obiektywne powody do niezadowolenia z poziomu życia?
Nie zgadzam się z tego typu diagnozą, aczkolwiek nie oznacza to, że powinniśmy się ze wszystkiego cieszyć. Rozwój gospodarczy trzeba prowadzić w takim kierunku, aby zwiększać obszary dobrobytu i minimalizować obszary biedy.
Lepsza jest strategia rozwoju równomiernego czy polaryzacyjno-dyfuzyjnego? Platformie Obywatelskiej zarzuca się, że forsuje dynamiczny rozwój metropolii kosztem prowincji, czyli bieguny wzrostu, tzw. „lokomotywy” pędzą szybko do przodu, zaś cała reszta, a więc pozostała część tego społecznego pociągu, zostaje w tyle.
Z praktycznego punktu widzenia ten spór ideowy czy ekonomiczno-ideowy nie został rozstrzygnięty. Koncepcja metropolitarna nie została wprowadzona w życie, aczkolwiek nie do końca ją zarzucono.
A Pan, jako czołowy ekspert ekonomiczny PO, do której strategii się przychyla?
Jestem absolutnie przekonany, że tylko ośrodki metropolitalne mogą pociągnąć rozwój gospodarczy do przodu. Uciekając się do metafory: perła urośnie jedynie wokół ziarna, które później staje się jej jądrem. Coś musi być wywoływaczem rozwoju gospodarczego. Idea rozwoju równomiernego, rozproszonego, zatomizowanego posiada bardziej charakter polityczny niż ekonomiczny. W Polsce stworzyliśmy na przykład system kilkunastu specjalnych stref ekonomicznych. Ich celem jest wspieranie rozwoju gospodarczego i tworzenie nowych miejsc pracy, głównie w miejscach, w których jest to pożądane ze względu na niski poziom dobrobytu czy wysoki pułap bezrobocia. Podobny charakter mają i inne programy rządowe, na przykład wspierające inwestycje szczególne ważne dla gospodarki. Żeby pozyskiwać inwestorów, określono na tych terenach, na przykład na ścianie wschodniej, większe przywileje dla przedsiębiorców niż w pozostałych częściach kraju. Niestety niewiele to daje. Po prostu jeżeli ktoś chce stworzyć fabrykę samochodów czy części samochodowych, to woli Gliwice od Suwałk. I żadne kwestie związane ze zwiększeniem dostępności czy preferencje finansowe nie są w stanie zmienić tego nastawienia. Chcę przez ten przykład wskazać, iż mamy ograniczony wpływ na zachowania inwestorów. Kierują się oni w swoich decyzjach bardzo szerokim katalogiem konkretnych kryteriów. Jestem więc zwolennikiem koncepcji metropolitalnej. Stworzenie określonych ognisk rozwoju poprzez metropolie później w sposób naturalny daje wartość dodaną i przesuwa rozwój na dalsze obszary. One promieniują, dając pracę i dobrobyt coraz szerszym kręgom gmin i społeczności. Nie wyważamy w tym zakresie otwartych drzwi, gdyż regułę tę potwierdzają doświadczenia wielu krajów z całego świata. Myślę, że to jest słuszny kierunek.
Rząd Platformy Obywatelskiej spotkał się z totalną krytyką ze strony partii opozycyjnych i związku zawodowego „Solidarność” za wydłużenie wielu emerytalnego do 67 lat. Z kolei wielu ekspertów ekonomicznych uważa, że ta reforma jest za mało ofensywna i implementowana w zbyt wolnym tempie. Kto ma rację?
Wprowadzamy niezwykle trudne zmiany w systemie emerytalnym pod groźbą poważnej utraty popularności społecznej, a nawet przegrania kolejnych wyborów. Jednak w tym przypadku mamy do czynienia z fundamentalnymi wyzwaniami dla przyszłości państwa. Osobiście również uważam, że tej reformie można by nadać bardziej zdecydowany przebieg. Biorąc pod uwagę przesłanki ekonomiczne oraz genezę problemu i zagrożenia demograficzne, powiedziałbym, że zmiany emerytalne powinny zostać wprowadzone szybciej i o wiele bardziej radykalnie. Ale jestem politykiem i wiem, że polityka to jest umiejętność przeprowadzenia zmian, które są możliwe. Ktoś, kto podejmuje się przedsięwzięć nierealnych albo nie jest politykiem, albo po prostu jest wariatem. Zaś nie ma niczego gorszego niż wariaci w polityce. Proszę zwrócić uwagę, że mimo to, iż chcemy wprowadzać zmiany emerytalne stopniowo, w ewolucji prawie 30-letniej, dając dodatkowo rozmaite rozwiązania pośrednie, takie jak na przykład emerytury częściowe, składki opłacane za kobiety przebywające na urlopach macierzyńskich czy wychowawczych, pewne przywileje dla rolników, budowana jest ogromna sfera społecznego oporu przed tym rozwiązaniem. Łatwo więc można sobie wyobrazić, co by się działo gdybyśmy powiedzieli, że od jutra wszyscy mają pracować dłużej. Ta reforma może zaważyć na przyszłych losach Platformy Obywatelskiej, jednak uważamy, że odpowiedzialność za państwo i za los przyszłych pokoleń nakazuje nam jej zrealizowanie. Fakt ten stanowi najlepsze zaprzeczenie kalumnii przez lata rzucanych pod adresem PO, jakoby nasza partia zabiegała jedynie o słupki poparcia sondażowego, a nie realizowała potrzebnych i koniecznych dla Polski reform.
Nadszedł czas, aby zmienić Konstytucję RP!
Data publikacji: 15 maja 2012
Z Jackiem Świecą rozmawia Łukasz Ziaja
Chińska telewizja zawojowała MIPTV
Data publikacji: 2 maja 2012
Z Ma Runsheng, z chińskiej państwowej stacji telewizyjnej CCTV, rozmawia Jacques Tourel.
MIPTV to najważniejszy na świecie festiwal branży telewizyjnej. Tu przedstawiciele telewizji i mediów elektronicznych zawierają umowy, które zadecydują o tym, jakie programy obejrzymy w przyszłości w naszej telewizji. Tu spotykają się osoby decydujące w przemyśle rozrywkowym – producenci, reżyserzy i celebryci. Tu znajdują innowacyjne możliwości finansowania i koprodukcji. Tu w twórczej i inspirującej atmosferze nowe pomysły otrzymują szansę realizacji. Nie jest łatwo wybić się w Cannes, niesie to również ze sobą koszty… W tym roku wielką gwiazdą MIPTV była CCTV, główna stacja telewizyjna Chin. (więcej…)
Chiński model państwa
Data publikacji: 28 kwietnia 2012
Z Radosławem Pyffelem rozmawia Łukasz Ziaja
Panie Radosławie, gdzie my żyjemy?
Żyjemy cały czas w Europie Środkowo-Wschodniej, w Unii Europejskiej. (więcej…)
Państwo polskie jest bardzo słabe!
Data publikacji: 19 kwietnia 2012
Ze Zbigniewem Ziobrą rozmawia Roman Mańka
Jak Pan ocenia tegoroczne obchody drugiej rocznicy katastrofy smoleńskiej i przemówienie Jarosława Kaczyńskiego na Krakowskim Przedmieściu? (więcej…)
Przyczyną niskich emerytur jest ogromne bezrobocie
Data publikacji: 14 kwietnia 2012
Z Andrzejem Romankiem rozmawia Łukasz Ziaja
Łukasz Ziaja: Rozpoczęła się dyskusja na temat systemu emerytalnego. Jak Pan ocenia główne założenia projektu Donalda Tuska?
Andrzej Romanek: Tak naprawdę istotne jest tylko jedno założenie – podniesienie i zrównanie wieku emerytalnego kobiet oraz mężczyzn do 67. roku życia. To powoduje, że kobiety będą pracowały o siedem lat dłużej, zaś mężczyźni o dwa lata dłużej w stosunku do obecnie obowiązującego tzw. powszechnego wieku emerytalnego wynoszącego 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn. Ale co ważne, a na co nie zwraca się uwagi, to fakt, że w związku z proponowanym i już legislacyjnie określonym obniżeniem wieku obowiązku szkolnego do lat 6, okres pracy zostanie wydłużony o kolejny rok. Tak więc kobiety będą pracować o osiem a mężczyźni o trzy lata dłużej.
Zgadza się Pan ze stwierdzeniem Rafała Ziemkiewicza, zgodnie z którym mechaniczne podwyższenie wieku emerytalnego nie jest żadną reformą?
W całej rozciągłości. To, jak twierdzą niektórzy, prymitywny sposób na zmuszenie Polaków do dłuższej pracy, bo rząd nie potrafi sobie poradzić z istotą problemu, jakim jest bezrobocie i demografia. (więcej…)
Mamy się kim pochwalić
Data publikacji: 11 kwietnia 2012
Piotr Marynowski w rozmowie z Jerzym Mosoniem wyjaśnia, skąd wziął się pomysł na projekt „Polak Wszech Czasów” i czemu ma służyć wielkie show, jakie towarzyszy programowi, który zyskał popularność już w kilkudziesięciu krajach. (więcej…)










