piątek

18

Maj 2012

Rynki finansowe
Money.pl - wiadomości, notowania, giełda, kursy walut
NBP 2012-05-18
USD 3,4431 +0,69%
EUR 4,3683 +0,44%
CHF 3,6371 +0,44%
GBP 5,4356 +0,03%
Money.pl - Kliknij po więcej
GPW (2012-05-18 18:59)
WIG 37255.68 +0,07%
WIG20 2060.99 +0,19%
mWIG40 2267.37 -0,19%
sWIG80 9196.00 +0,15%
Najnowsze wiadomości
Najczęściej czytane
    bn

Elity III RP obsługują interesy innych państw!

Autor: Roman Mańka

Data publikacji: 30 stycznia 2012

foto

Z posłem Pawłem Szałamachą rozmawia Roman Mańka.

Na czym polegały kluczowe założenia IV Rzeczpospolitej i na ile ten projekt jest jeszcze dzisiaj aktualny?

W 2005 r. Polacy uznali, że ich państwo źle funkcjonuje…
Polacy uznali czy politycy PiS uznali?

Polacy i duża część reprezentacji politycznej. Mówiąc w uproszczeniu, powstała potrzeba głębokiej naprawy państwa. W wymiarze słownym cała koncepcja była znana pod nazwą IV Rzeczpospolitej. Ona miała swoje dwa lata, podczas których – używając metafory -orzeł biały próbował się poderwać do lotu, ale już we wstępnej fazie wznoszenia podcięto mu skrzydła. Był za słaby, aby wznieść się wysoko.

Kto podciął mu skrzydła? Jakie to były siły?

Wówczas partia, która przegrała wybory w 2005 r., a która dzisiaj rządzi, uznała, że jej interes polityczny polega na utrudnianiu podejmowanych prób głębokich reform państwa. I niestety za jej sukces my, jako ogół obywateli, płacimy i jeszcze w przyszłości będziemy ponosić koszty wynikające z projektu politycznego Platformy Obywatelskiej. Po drugie, sam orzeł, czyli obóz naprawy państwa, był zbyt słaby. Program reform nie został do końca dopracowany; było za mało czasu. Dzisiaj, po kilku latach, widać, że podstawowe oczekiwania Polaków, co do sprawnego i uczciwego państwa, nadal nie są spełnione. To widać choćby w kontekście ostatnich wydarzeń w sądownictwie i prokuraturze, na polu służby zdrowia czy w dziedzinie edukacji, polityki prorodzinnej – istnieje potężny problem demograficzny, ciągle narastający. I oczywistym jest fakt, że kwestia naprawy podstawowych dziedzin państwa powróci. Zaś czy ona przyjmie formę IV Rzeczpospolitej, czy inną, jest sprawą drugorzędną.

Ostatnio mieliśmy awanturę wokół prokuratury. O czym ta sytuacja może świadczyć?

To najlepiej pokazuje problem, o którym mówimy. Po dwóch latach działania formalnie niezależnej od ministerstwa sprawiedliwości prokuratury generalnej, sztandarowego pomysłu Platformy Obywatelskiej, okazało się, że struktury prokuratorskie zostały źle skonstruowane. Po reformie, prokuratura nie zwiększyła swojej skuteczności w zwalczaniu przestępstw, natomiast ujawnił się wewnętrzny konflikt, wynikający z ambicji frakcji wojskowej i podobnie jak wiele innych kręgów zawodowych, obdarzonych prawie całkowitą niezależnością, koncentruje się na obronie własnego dobrostanu, nie zaś na wypełnianiu misji i obowiązków wobec obywateli.

Stała się grupą klientelistyczną?

Jest nastawiona na maksymalizację swoich wpływów oraz interesów, czyli prestiżu, pieniędzy i zdolności do „słodkiego nicnierobienia”.

Wprowadzenie ustawy o prokuraturze generalnej miało doprowadzić do uniezależnienia prokuratury. Czy uważa Pan, że ona jest dzisiaj niezależna?

To oczywiście nie wyszło. Miało dojść do jej uniezależnienia od polityki oraz większej sprawności w zwalczaniu przestępstw. Argumentowano, że prokuratura oddzielona od ministra sprawiedliwości skoncentruje się na zwalczaniu przestępczości, ale tak się nie stało.

Dlaczego?

W wymiarze realnym prokuratura została oddana ludziom, którzy posiadają zupełnie inne wyobrażenie swojej misji. Osoby znajdujące się w hierarchii prokuratury poniżej poziomu Andrzeja Seremeta, zasiadające w Krajowej Radzie Prokuratury, inaczej postrzegają swoją misję – one korzeniami tkwią głęboko w czasach PRL. Otrzymały przywilej niezależności, ale nie rozumieją, że to również do czegoś zobowiązuje.

Jednak wielu prawników jest zdania, że za czasów ministra sprawiedliwości – prokuratora generalnego – Zbigniewa Ziobry, prokuratura była uzależniona politycznie, zaś dzisiaj prokurator Seremet toleruje PiS-owskie skrzydło w strukturach prokuratury?

Pewni ludzie zabrnęli tak daleko w kłamstwo, że będą powtarzać nieprawdziwe rzeczy do końca życia. Po kilku latach ścigania przestępstw, które miały mieć rzekomo miejsce za czasów rządu PiS, niczego nie znaleziono – nie ma żadnego skazania, jakiegokolwiek dowodu. Pozostał jedynie wypracowany na siłę raport Sejmu poprzedniej kadencji, który stworzyła komisja pod przewodnictwem posła Andrzeja Czumy. Koalicja przegłosowała wbrew faktom i zdrowemu rozsądkowi, że w czasie sprawowania funkcji ministra sprawiedliwości przez Zbigniewa Ziobrę istniały jakieś naciski na prokuraturę. Jednak warto zwrócić uwagę, że sam przewodniczący komisji, Andrzej Czuma, uznał w pierwszej wersji raportu, że działania naciskowe nie miały miejsca, ale koalicja podtrzymała kłamliwą narrację, bo taki był jej interes polityczny.

Prof. Andrzej Zybertowicz twierdzi, że każdą sytuację należy odczytywać przez jej kontekst. Ostatnio obserwowaliśmy wiele różnych spraw: zatrzymanie pod zarzutami korupcyjnymi gen. Gromosława Czempińskiego, aresztowania – również w związku z korupcją – sporej liczby urzędników w MSW, w Ministerstwie Ochrony Środowiska. Czy to korupcyjne tło może w jakimś sensie tłumaczyć obecne działania prokuratury? Czy za kulisami oficjalnych procedur, pod powierzchnią życia publicznego nie toczy się pewna gra mająca jakiś związek z tymi wydarzeniami?

W ramach prokuratury ścierają się rozmaite frakcje, które walczą o władzę nad tą instytucją. Dochodzi do sytuacji, w której prokuratura wymyka się spod demokratycznej kontroli, sprawowanej ze strony Sejmu czy – posiadającego demokratyczny mandat – rządu. W tej chwili krystalizuje się struktura, która będzie zarządzała tym organem.
Prof. Piotr Gliński z PAN uważa, że elity III Rzeczpospolitej zdradziły, że mamy słabą demokrację – istniejącą tylko w sferze proceduralnej, a nie społecznej instytucjonalności; że nie działają podstawowe mechanizmy demokratyczne. Co się dzieje z III RP?

Tę samą sytuację można opisać również w inny sposób – elity III RP są dysfunkcjonalne i koncentrują się przede wszystkim na obsługiwaniu interesów zewnętrznych.

Zewnętrznych to znaczy jakich?

To oznacza, że obsługują interesy innych krajów, uczestników międzynarodowego życia politycznego i gospodarczego.

Ktoś ich opłaca z tego tytułu z zewnątrz?

Nie musi funkcjonować forma opłacania, bo u podstaw takiego postępowania leży stan mentalny polskich elit.

Zakompleksienie?

Właśnie to mam na myśli, mówiąc o stanie mentalnym. Jest to pewna spolegliwość wobec innych państw bądź różnego rodzaju korporacji, instytucji międzynarodowych, czyli – mówiąc ogólnie – możnych tego świata. Dla przedstawicieli rządzącego Polską establishmentu suwerenne kierowanie własnym państwem stało się ciężarem nie do udźwignięcia. Oni uważają własne państwo za ciężar, który należy na kogoś zrzucić albo „przykleić się” do innego zewnętrznego podmiotu. Przykładem na realizowanie takiej filozofii są kroki podejmowane na przestrzeni ostatniego roku w kontekście kryzysu zadłużeniowego w strefie euro i Unii Europejskiej, czyli działania, które podejmuje premier Donald Tusk oraz jego ministrowie.

Czy to jest to samo zjawisko, które prof. Zybertowicz i redaktor Ziemkiewicz nazywają „mentalnością postkolonialną”?

Zachowanie polskich elit mieści się w tej diagnozie, jednak sądzę, że na opisanie tego stanu należy znaleźć inny termin. Ale jest to określenie adekwatne wobec sytuacji realnej. W ostatnim roku premier Tusk niemal na ochotnika, wyrywał się, wychodził przed szereg, podpisywał różnego rodzaju pakty, porozumienia; twierdził, że trzeba więcej Europy, więcej centralizacji, wzmocnienia kompetencji w Unii Europejskiej. Natomiast pod koniec roku w jednym z wystąpień publicznych stwierdził, że właściwie on jest eurosceptykiem. To oznacza, że wziął całkowity rozbrat z postulatem odnoszenia się do realnej rzeczywistości.

Kiedyś zapowiadał kastrowanie pedofili i z tym postulatem chyba też wziął rozbrat.

To jest akurat niszowa sprawa.

Ale pokazująca sposób myślenia, styl uprawiania polityki.

To prawda. Jednak ważniejsza jest kwestia kryzysu finansowego w Europie, gdyż ona należy do sfery podstawowych wyborów strategicznych określonej polityki. Tymczasem człowiek, który był przez cały czas bardzo spolegliwy i bez mrugnięcia oka podpisywał wszelkie koncepcje wymyślane w Brukseli, nie przedstawiając naszej autorskiej koncepcji, w pewnym momencie nie ma żadnego problemu, aby powiedzieć o sobie, że jest eurosceptykiem. Taki człowiek jest po prostu blagierem idealnym.

Z tego, co Pan mówi, wynika, że nie jesteśmy państwem w pełni suwerennym, a raczej że jesteśmy czyimś satelitą, że warunki naszych poczynań dyktują nam jakieś zewnętrzne siły?

Wybraliśmy sobie do rządzenia ludzi, dla których najważniejszą wartością jest dobra opinia czy komfort w relacjach z elitami innych krajów, zaś nie realne zabieganie o wymierne polskie interesy gospodarcze, jak i polityczne. Część obserwatorów nazywa to zjawisko mentalnością postkolonialną. Ale na pewno znajdujemy się w stanie ograniczonej podmiotowości.

Czy nie jest tak, że należy głęboko przeorientować naszą politykę zagraniczną? Obecny kryzys obnażył Unię Europejską, wydaje się, że ona w aktualnej formule nie ma sensu. Z kolei globalizacja NATO doprowadziła do rozproszenia jego funkcji oraz swego rodzaju konfliktu interesów – nie wiemy, czy Pakt Północnoatlantycki byłby gotów w obliczu zagrożenia nas bronić. Może powinniśmy obrać inny kurs geopolityczny?

Należy zmienić akcenty polskiej polityki zagranicznej i dokonać głębokich korekt w stosunku do tego, co było realizowane przez ostatnie cztery lata. To jest postulat bezwzględny! Jednak nie zmienimy swojego położenia geograficznego – jesteśmy częścią europejskiego projektu politycznego i na tym obszarze rozgrywają się nasze podstawowe interesy. I nie można alternatywnych koncepcji polityki zagranicznej formułować w oderwaniu od realiów geopolitycznych. Amerykanie przesuwają środek ciężkości swoich zainteresowań na obszar Pacyfiku, prowadząc mniej aktywną politykę w Europie. Jednak ten zwrot został w pewnym stopniu przyspieszony choćby i poprzez zachowania Polski w 2008 i 2009 r. Mam na myśli manifestacyjne wykonywanie pewnych szkodliwych gestów przez tandem Tusk-Sikorski oraz okazywanie przyjaźni wobec Kremla.

Można odnieść wrażenie, że premier Putin z premierem Tuskiem się lubią?

To jest już kwestia tego, co mieści się w ich głowach. Nie jestem specjalistą od psychologii czy mowy ciała, aby tego typu zachowania interpretować.

My nie musimy kwestionować naszej obecności w Unii Europejskiej; wydaje się, że integracja Polski ze strukturami europejskimi jest potrzebna. Jednak kluczowe pytanie dotyczy stopnia partycypowania w projekcie europejskim? Na przykład kraje skandynawski są w Unii Europejskiej, a jednocześnie trzymają się od niej na pewien dystans; podobnie Wielka Brytania.

Na pewno istnieje potrzeba kreowania polityki bardziej autonomicznej i opartej o polskie interesy gospodarcze, niż miało to miejsce ostatnio. Dobrze się stało, że rzucony w 2008 r. pomysł przyjęcia euro nie został zrealizowany. Powiem więcej: Polska powinna, jako kraj znajdujący się poza strefą wspólnej waluty, przedstawiać racjonalne koncepcje dla ogółu Europy, które pozwolą na uzdrowienie sytuacji, a w szczególności mam na myśli umożliwienie kilku krajom strefy euro powrót do własnych walut narodowych. W tym kontekście jako pierwsza przychodzi mi do głowy Grecja, ale to mogłoby dotyczyć również innych państw, na przykład: Portugalii, Cypru, a być może także Irlandii i Hiszpanii. Tymczasem pod tym względem okres polskiej prezydencji nie został wykorzystany.

Być może jest to teoria spiskowa, ale część ekonomistów mówi tak: Kryzys został celowo wytworzony, aby konkretni gracze na europejskiej scenie na nim zarobili. Kiedy się spojrzy na określone zjawiska, to jest w tej diagnozie pewien sens – jedni bardzo wiele tracą, zaś inni, na przykład Niemcy, zarabiają.
Ale z samego faktu zarabiania trudno wywnioskować złe intencje. Być może po prostu, lepiej umieją się zachowywać w sytuacjach kryzysowych, zaś wcale nie musieli od początku projektować tego procesu z założeniem, że znajdą się po stronie wygrywającej. To może wynikać z lepszej zdolności do adaptacji. Bo jeżeli jeszcze bardziej zabrnie się w tę dramatyczną sytuację, to trudno będzie wskazać kogokolwiek, kto by na kryzysie wygrał. Proszę zwrócić uwagę, że kryzys się rozlewa, rozszerza i o ile jeszcze rok czy półtora roku temu można było wskazywać kraje południa Europy, stawiając je w pozycji „chłopca do bicia” to dzisiaj niestety już widać, że problemy gospodarcze zaczynają się coraz bardziej przesuwać na północ.

Pana zdaniem Unia Europejska przetrwa?

Przetrwa, jednak prawdopodobieństwo przetrwania obszaru wspólnej waluty osobiście oceniam poniżej 50 proc.

Co to oznacza dla Polski? W jaki sposób jesteśmy przygotowani na przyjęcie kryzysu?

Biorąc pod uwagę fakt, że nie uczestniczyliśmy w procesach integracji finansowej kontynentu, czyli nie weszliśmy w stopniu głębokim we wspólną gospodarkę finansową i wspólną walutę, zaś nasze banki nie posiadały tak wielu papierów dłużnych, wyemitowanych przez osłabione kraje, mamy relatywnie lepszą sytuację niż pogrążona w kryzysie część państw europejskich; mówiąc językiem kolarskim – plasujemy się w środku stawki.

I to jest to, co rząd nazywa „zieloną wyspą”?

Niestety ona coraz bardziej żółknie.

Prof. Krzysztof Rybiński twierdzi, że zamieni się w „pustynię”?

Ta diagnoza została mocno postawiona. Ale być może prof. Rybińskiemu chodzi o milion Polaków, którzy wyjechali z kraju i nie dają żadnych sygnałów, aby mieli zamiar powrócić. To zjawisko dobitnie pokazał ostatni spis powszechny. Gdy do tego dodamy spadek liczby urodzeń, który miał miejsce w 2011 r., sytuacja staje się dramatyczna. Mamy do czynienia z negatywnym procesem demograficznym składającym się z dwóch elementów: emigracji i spadku prokreacji wewnątrz kraju. Czyli najbardziej dynamiczne roczniki wyjeżdżają, a na dodatek nie rodzą się młodzi Polacy, którzy mogliby je za kilkanaście lat zastąpić.

Jednocześnie zaczynają nas powoli przygniatać problemy strukturalne, zwłaszcza bardzo mocno rozchwiany deficyt finansów publicznych. Pana zdaniem uda się zrealizować zapowiedzi ministra finansów, Jacka Rostowskiego, w zakresie ograniczenia długu publicznego?

To jest założenie nierealne! Bo żeby to nastąpiło, gospodarka musiałaby się rozwijać szybciej niż tempo przyrostu długu. Niestety, w Polsce są to dwie rozjeżdżające się krzywe. Jedną ze strategii radzenia sobie z problemami zadłużenia jest koncepcja wyrośnięcia z długu. Jest to założenie, zgodnie z którym może istnieć zadłużenie w rozsądnych rozmiarach, pod warunkiem, że gospodarka rozwija się w skali roku przynajmniej o 1 czy 1,5 proc. szybciej niż przyrost długu publicznego. Wówczas, w wartościach bezwzględnych, zadłużenie w stosunku do PKB maleje. Niestety, w Polsce jest sytuacja dokładnie odwrotna – dynamika przyrostu długu jest wciąż wysoka, aczkolwiek niższa po ubiegłorocznym manewrze z OFE, zaś w tym roku raczej nie uda się powtórzyć wzrostu gospodarczego na poziomie 4 proc.

Na jaki wzrost gospodarczy możemy liczyć w tym roku ?

Ministerstwo Finansów obniżyło swoją prognozę z 4 do 2,5 proc. i ona jest na granicy realności. Natomiast jednocześnie zostały wysłane bardzo silne sygnały demotywujące wobec świata gospodarczego, zwłaszcza wobec przedsiębiorców – chociażby kwestia wyższych składek do ZUS, która wejdzie w życie już od lutego br., a która w podręcznikowy wręcz sposób pokazała swój zabójczy efekt zaledwie po upływie dwóch tygodni od momentu zapowiedzi jej wprowadzenia. Należy przypomnieć, że koalicja rządowa przeforsowała w Sejmie podwyższenie składki rentowej w drugiej dekadzie grudnia ub.r. i przedsiębiorcy dowiedzieli się o tym, przeczytali doniesienia prasowe informujące o tej zmianie, więc kiedy w ostatnich dniach ub.r. przyszło im podejmować decyzję w zakresie przedłużania okresowych umów o pracę, nie przedłużyli ich. W ten sposób, jak donoszą media, wygasło ok. 140. tys. stosunków pracy. Oczywiście zawsze pod koniec roku przedsiębiorcy nie przedłużali jakiejś liczby umów z przyczyn choćby sezonowych, ale w tej sytuacji wystąpił jeszcze jeden, dodatkowy oraz jednoznaczny impuls.

Koncepcja rozwoju gospodarczego, którą próbuje implementować obecny rząd, ma charakter polaryzacyjno-dyfuzyjny. W niektórych środowiskach ekonomicznych jest nazywana koncepcją „lokomotyw”, czyli wielkich metropolii generujących wzrost gospodarczy. Jednak, patrząc na Polskę, można dojść do wniosku, że te „lokomotywy” oderwały się od reszty „składu pociągu” i pędzą gdzieś samodzielnie. Gdy się przeanalizuje warunki życia w Polsce na poziomie lokalnym, trudno odnaleźć tam coś, co by można nazwać „zieloną wyspą”?
Nam w Polsce dobrze wychodzi polaryzacja, ale z dyfuzją jest już o wiele gorzej. Powstają skupiska względnej zamożności i dobrobytu, ale proces rozlewania się bogactwa na sąsiednie tereny już nie następuje. Obserwujemy to choćby na przykładzie Mazowsza, a więc najzamożniejszej części Polski, z wiodącą rolą stolicy, gdzie kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy, w Nowym Mieście nad Pilicą, ubodzy ludzie, jadący w kilkanaście osób do zbierania jabłek, giną w wypadku.

Ale czego brakuje, aby ta koncepcja się domknęła?

Problem polega na tym, że nie następuje proces dyfuzji. Z jednej strony istnieje skupisko zamożności w Warszawie, ale już kilkanaście kilometrów od stolicy, w statystycznej miejscowości Mazowsza, ludzie mają tego typu sytuacje życiowe, że zmuszeni zaoszczędzić te kilkanaście złotych na przejeździe autobusem, podróżują do pracy ściśnięci,niczym sardynki..Po prostu ta koncepcja jest wadliwa!

Trzeba ją zmienić czy zmodyfikować?

Ta koncepcja jest po prostu wadliwa intelektualnie, co do podstaw teoretycznych. Zatem trudno mówić o jej modyfikacji, należy ją odrzucić i realizować koncepcję rozwoju zrównoważonego. Jednak, upraszczając nieco argumentację, jeżeli miałby być realizowany projekt ministra Michała Boniego, czyli polaryzacja i dyfuzja, to będzie to oznaczało mniej więcej tyle, że mieszkańcy mniejszych miast powiatowych, leżących w odległości 40 czy 50 kilometrów od Warszawy, Krakowa, Wrocławia, Poznania itd., będą się przeprowadzać i szukać swoich szans życiowych oraz zawodowych w dużych aglomeracjach, co realnie jeszcze bardziej spotęguje wszelkie problemy związane z infrastrukturą, komunikacją, zatłoczeniem, edukacją, służbą zdrowia, pomocą socjalną w dużych miastach; zaś na poziomie lokalnym – spowoduje wyludnianie się kilku- czy kilkunastotysięcznych ośrodków miejskich, a w ślad za tym konieczność zamykania niedofinansowanych szpitali, szkół itp.

Ale to chyba już następuje?

To następuje z powodu osłabienia demograficznego i mniejszej liczebności kolejnych roczników dzieci. Jednak wprowadzenie koncepcji polaryzacyjno-dyfuzyjnej jeszcze bardziej tę sytuację nasili. Część ludności, koniecznej do utrzymania pewnych instytucji w miastach powiatowych, przeprowadziłaby się, w wyniku masowej migracji proponowanej przez obecny rząd, do wielkich aglomeracji, co z kolei zmultiplikuje problemy tam.

W polskiej gospodarce funkcjonuje pewien paradoks. Otóż gospodarka amerykańska potrafi tworzyć miejsca pracy już przy 1 czy 1,5 proc. wzrostu, inne zachodnie gospodarki – podobnie. W Polsce mieliśmy 4 proc. i nowe miejsca pracy nie powstawały. Skąd to się bierze? Dlaczego przyrost PKB nie przekłada się u nas bezpośrednio na zwiększenie zatrudnienia?

Gdy przeanalizujemy kilka ostatnich lat, zobaczymy, że bardzo późno, w ramach jednego cyklu gospodarczego, w miarę przyzwoita dynamika PKB przekładała się na nowe miejsca pracy. U nas ten proces bardzo długo się rozpędza. Jeżeli na przykład popatrzymy na pierwszą dekadę XX w., zobaczymy, że w latach 2004-2008 wzrost gospodarczy był na dość wysokim poziomie, zaś dopiero po dwóch latach przedsiębiorcy zaczynali podejmować decyzje o zatrudnianiu nowych ludzi.
I szczyt pozytywnych zjawisk nastąpił dopiero w 2007 r., również w 2008, a później zaczął hamować. Czyli można podważyć samą tezę, że jedynym czynnikiem tworzącym miejsca pracy jest wzrost PKB, co wskazywałoby, że muszą być także spełnione inne warunki, takie jak choćby, wielokrotnie dyskutowana, kwestia redukcji pozapłacowych obciążeń. Kilka lat temu toczyła się bardzo intensywna debata na temat tzw. klina podatkowego, który udało się nam w czasach rządów PiS, w latach 2006-07 obniżyć, ale teraz, na mocy decyzji o podwyższeniu składki rentowej, on znowu powraca. A więc ekonomiści tego typu zjawiska gospodarcze będą na pewno bardzo różnie interpretować oraz ferowalać rozmaite odpowiedzi na pytanie, dlaczego polscy przedsiębiorcy w sposób wstrzemięźliwy podchodzą do zwiększania zatrudnienia w warunkach przyzwoitego wzrostu gospodarczego.

W PiS doszło do kolejnego rozłamu. Z szeregów partii wyszła tym razem jedna z jej ikon – były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro – który wraz z kilkoma innymi znanymi politykami utworzył nową inicjatywę polityczną pod nazwą „Solidarna Polska”. Nie obawiacie się, że ten rokosz zaprzepaści szansę na przejęcie przez Was kiedyś władzy?

Zakończą mniej więcej tak samo, jak poprzednie ekipy rozłamowe.

Czyli nie wróży im Pan sukcesu?

Jedyne, co osiągną, to negatywny skutek zamętu w głowach ludzi, w świadomości wyborców, ale sami nie będą w stanie stworzyć poważnego i głębokiego programowo ugrupowania, takiego z szansami na sukces.

Pana scenariusz polityczny na rok 2012?

Nastąpi zużycie obecnego układu władzy, czyli koalicji rządzącej PO-PSL. Spowodują to jej własne błędy. Będziemy mieli do czynienia z utratą zdolności do rządzenia przez ugrupowania koalicyjne i nieumiejętnością tworzenia agendy politycznej, zaś w dalszej kolejności – z przejęciem inicjatywy strategicznej przez nasz obóz polityczny, w którym są różni ludzie o prawicowych i centroprawicowych poglądach, takich jak choćby ja, nie należący w sensie przynależności partyjnej do PiS, a których łączy jedno wspólne marzenie – aby Polska była dobrze rządzona.

Tagi: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*


cztery + = 9

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


Reklama
Facebook