piątek

18

Maj 2012

Rynki finansowe
Money.pl - wiadomości, notowania, giełda, kursy walut
NBP 2012-05-18
USD 3,4431 +0,69%
EUR 4,3683 +0,44%
CHF 3,6371 +0,44%
GBP 5,4356 +0,03%
Money.pl - Kliknij po więcej
GPW (2012-05-18 18:59)
WIG 37255.68 +0,07%
WIG20 2060.99 +0,19%
mWIG40 2267.37 -0,19%
sWIG80 9196.00 +0,15%
Najnowsze wiadomości
Najczęściej czytane
    bn

Media w Polsce są na „smyczy” władzy!

Autor: Adam Fularz

Data publikacji: 13 stycznia 2012

Porządek medialny w Polsce może i powinien budzić trwogę. Wiele osób z mojego środowiska nie czyta niemal żadnych tradycyjnych mediów polskojęzycznych, ich świadomość prasowa to wypadkowa z takich mediów jak „Frankfurter Rundschau”, „The Guardian”, „The Independent”; wszystko to pochłaniane przez internet, wypływające w dyskusjach w sieciach społecznościowych.

 

Dzięki takim mediom jak Twitter czytelnicy w Polsce uzyskali dostęp do reprezentantów światowej opinii publicznej. Twitter czy Facebook, jak żadne inne media, obaliły wyłączność prasy papierowej na kształtowanie opinii społeczeństwa. Sam już nieomal nie czytam polskiej prasy codziennej. Znam dziennikarzy oraz praktyki sprzedawania reklam wraz z „pozytywnymi artykułami”, zaś informacjom gospodarczym w nich zawartym – nie ufam. Traktuję je z podejrzliwością, niczym artykuły PR.

 

Brak niezależności

W polskich mediach jest coś niepokojącego. W około 80 proc. nie są to media, w których – w mojej opinii – można opublikować krytykę władz. Kilka tygodni temu, idąc ulicą Skaryszewską do naszej akademii sportowej, spotkałem mężczyznę, który dopytywał się o drogę do dworca PKS, notabene drugiego najważniejszego w Warszawie. A jest to duży, międzynarodowy dworzec PKS. Nie wiadomo, czy obiekt zlikwidowano, czy przeniesiono, ku zaskoczeniu nie pozostawiając żadnej, najmniejszej nawet informacji, co mają zrobić potencjalni pasażerowie, poszukujący go w pobliży budowanego Stadionu Narodowego. Sam nie miałem takiej wiadomości, mężczyznę mogłem jedynie odesłać na rozkopany plac przed Dworcem Wschodnim, gdzie chwilę wcześniej stał jakiś pojedynczy autobus dalekobieżny. To się dzieje w stolicy, w sercu ok. dwumilionowej aglomeracji. W każdej chyba normalnej demokracji władza popełniająca takie wpadki nie miałaby szans na reelekcję. Niemniej jakość demokracji zależy od możliwości wymiany informacji między członkami populacji. Tajemnicą poliszynela rozmaitych młodych warszawskich środowisk jest, że w Warszawie w zasadzie nie ma popularnego, silnego, lokalnego, nieuwikłanego politycznie medium. Nie ma gdzie i nie ma komu wysłać niezależnego tekstu do publikacji. Ot, choćby tekstu o panu szukającym dworca.

 

Wolne media, a jakość codziennego życia

Dotychczasowe media reprezentują raczej grupy konkretnych interesów gospodarczo-politycznych lub obozy konkretnych ideologii politycznych. Kiedyś miałem nawet przyjemność być wkręconym przez jedno z mediów w kampanię jakiegoś polityka lokalnego, o którym nie miałem żadnego wówczas pojęcia. Zgłosiłem się z ciekawą propozycją do redakcji i jako że rynek polityczny w Warszawie okazał się sprzęgnięty z medialnym, w redakcji gazety codziennej wpięto mój pomysł w czyjąś kampanię wyborczą. Wiara w to, że w Polsce panuje „wolność prasy” jest całkowitą niedorzecznością. Sytuacja ta jest kompletnie nieobecna na polskiej prowincji, gdzie wciąż lokalna prasa rozdaje karty w lokalnej polityce, a liczba wydawców jest bardzo niewielka (mamy duopole i oligopole). Ta „wolność prasy” na pewno nie dotyczy różnorakich mniejszości, które nie wydają swoich tytułów prasowych. Nawet znani ekonomiści piszą w gazetach lokalnych; w tych ogólnopolskich jakby zabrakło dziś dla nich miejsca. Brak sprawnych mediów pogarsza jakość codziennego życia. Opublikowanie krytyki jest bowiem niemożliwe. Idąc ową ulicą Skaryszewską w Warszawie, pogrążony w rozmowie z przyjaciółmi z naszego klubu sportowego, boleśnie uderzyłem się w głowę znakiem drogowym, zamontowanym na tak pechowej wysokości (powyżej oczu, ale jednak na ok. 1,8 m wysokości nad ziemią). Z racji remontu sieci komunikacyjnej zamknięto tory tramwajowe w okolicy, nie wprowadzając jednak żadnej zastępczej komunikacji autobusowej (tych „zatramwajów”, ongiś tak oczywistych przy zamykaniu ruchu tramwajowego w całej dzielnicy). Dojazd do okolic Stadionu Narodowego, np. do Teatru Powszechnego, w sieci wiecznych remontów jest bardziej niż utrudniony, czasy przejazdu transportem zbiorowym z tej okolicy do centrum są horrendalnie długie. Aktualne relacje autobusów dla osób rzadko bywających w okolicach Stadionu Narodowego są zagadką. Chciałem nawet skorzystać z oferty kolei miejskiej. Jechałem komunikacją miejską, korzystając z biletu normalnego, nie okresowego. Te bilety, co nie wszystkim jest wiadome, nie obowiązują w pociągach KM – głównego przewoźnika na śródmiejskiej, średnicowej linii kolejowej. Ważne są jedynie bilety długookresowe. Chcąc dojechać koleją z zakorkowanego centrum miasta w okolice stadionu, musiałbym odstać w kolejce do kas i kupić egzotyczny tradycyjny bilet pomiędzy dwiema śródmiejskimi stacjami kolejowymi w Warszawie. Takiej egzotyki nie znajdziemy już w żadnej dużej europejskiej aglomeracji. W Polsce uchowały się prawdziwe dinozaury systemów biletowych. Dobiegła mnie informacja, że Michał Pretm zamknął swój watch-dogowy serwis blogerski, publikujący krytykę lokalnych władz Warszawy. W sferze finansowania mediów była to z pewnością walka Dawida z Goliatem. Warszawskie władze dopłacają do wydawania gazet bezpłatnych – jeden z miejskich bezpłatnych dzienników publikował regularnie całe dodatki i strony sponsorowane (całkowicie jawnie) przez miejscowe władze. Dopłaty władz miejskich do gazet stołecznych kosztowały podatników bodaj 15-20 mln zł rocznie!

 

Lokalne medialno-samorządowe sieci klientelistyczne

Jak podaje autor artykułu „Lokalna prasa a samorządy”, aż „jedna trzecia periodyków lokalnych ukazujących się na terenie naszego kraju jest wydawana lub współwydawana przez jednostki samorządu terytorialnego”. Tymczasem w Niemczech urzędy wydają jedynie tzw. „Amtsblatty” – pisma i dzienniki urzędowe, czasem mające dobrej jakości teksty dziennikarskie i przypominające tradycyjną prasę. Są one jednak odpowiednio oznaczone, nie roszczą sobie pretensji do bezstronności, nie przypominają pism sektora prywatnego. – Głównym argumentem, wysuwanym przeciwko nieskrępowanemu prowadzeniu przez samorządy działalności prasowej, jest fakt, że wydawane przez nie gazety, stanowią nieuczciwą konkurencję dla niezależnej prasy lokalnej – dowodzi autor. Pisze też o zakulisowych metodach wpływu na niepokorne redakcje czasopism prywatnych: „Do najpopularniejszych form represji wobec ‘niepokornych’ tytułów lokalnych należy obłożenie redakcji danej gazety embargiem na dostęp do informacji oraz wstrzymanie publikowania na jej łamach płatnych ogłoszeń samorządowych. Lokalni urzędnicy niekiedy wymuszają również na miejscowych podmiotach gospodarczych zaprzestanie umieszczania reklam w określonych periodykach, szantażując przedsiębiorców groźbą bojkotowania ich firm w publicznych przetargach lub sabotowania ich działalności nieustannymi kontrolami różnego rodzaju służb podległych samorządom (np. inspekcje sanitarno-epidemiologiczne, kominiarskie itp.). Do rzadkości nie należy także eksmitowanie redakcji z lokalu wynajmowanego przez nią od gminy lub powiatu. W skrajnych sytuacjach dochodzi nawet do wyrzucania z pracy tych dziennikarzy i członków ich rodzin, którzy zatrudnieni są w podległych samorządowi instytucjach”. Niestety praktyka potwierdza te doniesienia. Gdy wściekły na jedną z lokalnych gazet niemal w ogóle nie publikującą głosów krytyki spotkałem się z jej redaktor naczelną, ta narzekała, że była swego czasu objęta „embargiem informacyjnym” ze strony miejscowych władz, właśnie w odwecie za krytykę.

 

Rzeczywistość paramonopolu

Jakub Parnas pisze: „Warto dodać, że podobną podatność na naciski lokalnej władzy wykazuje również nierzadko lokalna prasa tzw. III sektora, czyli tytuły wydawane przez różnego rodzaju lokalne stowarzyszenia, organizacje pozarządowe i fundacje. Ze względu na szczupłość własnych zasobów finansowych, tego rodzaju gazety w wielu przypadkach uzależnione są bowiem od życzliwości władz samorządowych i wsparcia powiązanego z nimi lokalnego biznesu”. Nie jest tajemnicą, że lokalne media, wydawane przez organizacje pozarządowe, mają „dworski” charakter. Rynki reklamowe są płytkie, takie media utrzymują się jedynie z dotacji. Autor w swej publikacji cytuje szacunki Włodzimierza Chorązkiego z Ośrodka Badań Prasoznawczych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Według Chorązkiego: „Jeśli uwzględnić opisane powyżej źródła nacisku, to faktyczną niezależnością cieszy się jedynie co czwarta, najwyżej co piąta, prywatna gazeta lokalna. Do tego wąskiego grona zaliczyć można bowiem jedynie te tytuły, które zdołały wypracować sobie finansową stabilność i samowystarczalność oraz względnie duże zaplecze czytelnicze. Tylko w takiej sytuacji lokalna gazeta uzyskuje bowiem możliwość oddziaływania na miejscową rzeczywistość i wpływania na działania lokalnych decydentów”. Mający nadzieję na zmiany w polskiej rzeczywistości nie wiedzą nawet, jak płytkie są rynki reklamy w internecie. Są zbyt płytkie, by utrzymać lokalne media. Według Jakuba Parnasa, szansą są dopiero minikoncerny mediów lokalnych, skupiające po kilka lub kilkanaście tytułów, mające możliwość osiągnięcia efektów skali i zakresu. Wymaga to jednak znacznych, niekiedy wielomilionowych, inwestycji. W ogóle całe pole mediów lokalnych jest w Polsce bardzo słabo opisane i zbadane. Polska wydaje się nadal tkwić w medialnej rzeczywistości krajów rozwijających się, z tym że np. rynek stacji telewizji naziemnej jest wciąż monopolem.

 

Dominacja tandemu

W Wenezueli czy Brazylii potrafi działać po kilkanaście konkurencyjnych naziemnych telewizyjnych stacji prywatnych. W Polsce przyznano tylko jedną koncesję telewizyjną dla stacji Polsat, mimo że jej właściciel nie posiada wymaganego prawnie wyższego wykształcenia. Drugą stacją z największym zasięgiem w kraju jest stacja TVN. Polscy badacze mediów mówią o duopolu TVN/Polsat na rynku stacji prywatnych. Te dwa koncerny współpracują nawet razem, tworząc TV4, kolejnego nadawcę naziemnego, przez niektórych dziennikarzy – wbrew faktom – przedstawianego jako niby niezależnego gracza na rynku. A w istocie będącego w posiadaniu wymienionych wcześniej stacji. Stacja ta nie nadaje już nawet swojego dziennika z wiadomościami ani programu informacyjnego. W krajach rozwijających się istniały przypadki podobnych sytuacji rynkowych. Dopiero zbiorowa akcja konkurencyjnych wydawców mediów, jak np. w Meksyku, umożliwiła demonopolizację rynku telewizyjnego. W Polsce również zachodzi taka potrzeba. Całe części populacji, całe mniejszości, całe kohorty demograficzne pozbawione zostały jakichkolwiek mediów audiowizualnych – poza mediami w internecie (Facebook, Twitter). Jakie są sieci telewizyjne dla osób o wyższym wykształceniu, nie lubiących kultury masowej? Dziwne, że w Wielkiej Brytanii ludzi zadowala format publicznych stacji, takich jak BBC 1 Extra (urban music) czy BBC 4 (inteligent talk, speech station for curious minds). Nie wspominam o setkach stacji pirackich, nadających współczesną urban music.

 

Po śmierci gazet codziennych

Rozmawiałem niedawno z moim znajomym mieszkającym na stałe w Brukseli. Odwiedził rodzinny, przygraniczny Szczecin, dziwiąc się pustym ulicom i pozamykanym knajpom w sobotni wieczór – już o 20. Zauważył, że w polskiej rzeczywistości ogromną rolę odgrywają plotki, że dominują portale plotkarskie w rodzaju pudelek.pl. Według niego w polskiej rzeczywistości Twitter czy Facebook są jedynymi interesującymi źródłami informacji. Upolityczniona Polska Agencja Prasowa, nawet w świecie znanych mu dziennikarzy, została zdetronizowana przez poranną lekturę doniesień znajomych z Facebooka. Być może polską rzeczywistość roku 2011 należało rozpatrywać już w kategoriach rzeczywistości „po śmierci gazet codziennych”. Znana z Europy prasa codzienna z wyższej półki tutaj w ogóle nawet nie powstała. Dziennikarstwo śledcze zanikło, a opublikowanie krytycznego artykułu na temat zabłąkanego podróżnego szukającego drugiego najważniejszego dworca autobusowego w mieście, w mojej opinii nie jest możliwe w tzw. „prasie mainstreamowej” – bardzo upolitycznionej, publikującej raczej stronników politycznych właścicieli. O stacjach radiowych czy telewizyjnych nawet nie wspominam.

 

Autor jest wolnorynkowym ekonomistą szkoły ordoliberalnej, specjalistą z zakresu ekonomiki transportu. Działa w Instytucie Liberalnym.

Tagi: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*


− jeden = 1

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


Reklama
Facebook